sobota, 26 listopada 2016

I:Rozdział 9 - Więzy krwi

Minęło kilka tygodni, potem miesiąc, dwa... Hogwart zaczął się zmieniać Ninę. Zaczęła kochać to miejsce jak swój własny dom, którego nigdy nie miała. Oddaliła się od Slytherinu, który teoretycznie powinien być jej drugą rodziną. Przez to niektórzy patrzyli na nią jak na pomyleńca, ale nawet wśród Ślizgonów można znaleźć osoby, które do nich nie pasują. Nina sądziła, że następne kilka lat spędzi w otoczeniu przyjaciół, spokoju, dobrej zabawy i nauki. Jednak jak można się domyślić, w Hogwarcie nic takiego nie może mieć miejsca.
***
- Hermiona, coś takiego... nie może być w naszej szkole – Nina usiadła po turecku na schodach przed salą transmutacji i usiłowała wmówić upartej Gryfonce coś, w co sama nie wierzyła. Był już luty, podczas ostatnich tygodni bardzo zżyła się z Hermioną, a ona chyba to odwzajemniała. Może stało się to dlatego, że żadna z nich nie mogła znaleźć przyjaciółki w swoim domu? Harry i Ron to przecież nie to samo. Może warto jest mieć obok siebie kogoś, kto jest o sto osiemdziesiąt stopni inny od ciebie? Od pewnego czasu stały się prawie nierozłączne, oczywiście w czasie przerw między lekcjami.
- Nina, przecież Hagrid się wygadał. Rozmawiałam z nim, gadał o Flamelu...
- Ale to nie znaczy, że Kamień Filozoficzny tu jest. - podczas ostatniego tygodnia dziewczyny przeszukały chyba pół biblioteki i znalazły to, czego szukały. Była tam notka o Nicholasie Flamelu. Nina nie mogła uwierzyć, że ona, Hermiona, Harry i nastawiony sceptycznie do wszystkiego Ron wpadną na ślad tak legendarnej rzeczy, jaką jest Kamień Filozoficzny. Po wczorajszej wizycie w bibliotece nie mogła spać w nocy. Mimo że była już w Hogwarcie od kilku miesięcy, to prawie codziennie dowiadywała się czegoś nowego. Ale kto by pomyślał, że coś takiego jak kamień dający nieśmiertelność naprawdę istnieje?
- Ale też tego nie zaprzecza – Gryfonka brnęła przy swoim zdaniu.
- Ten gość miałby teraz sześćset lat. Moim zdaniem, jeżeli tak świetnie się trzyma to mógł sam popilnować swojego kamyczka - prychnęła Nina, biorąc kęs soczystego jabłka, które zabrała ze śniadania.
- To nie jest zwykły kamyczek – zaprotestowała Hermiona patrząc krytycznie na Ślizgonkę.
- Kończmy ten temat – szepnęła Nina, lekko wskazując głową na idącego korytarzem Draco. Zdziwiła się na jego widok. Według planu mieli mieć za kilka minut zielarstwo, a dormitoria Ślizgonów też mu chyba nie po drodze.
- Riddle i szlama, co za piękny widok. Nigdy nie widziałem takich pięknych twarz w Hogwarcie. Szkoda, że nie gustuję w żabach - zawołał na powitanie, opierając się o barierkę.
- Spadaj - odpowiedziała krótko Nina, udając, że szuka czegoś w torbie.
- Od kiedy gadasz ze szlamą?
- Coś mi się zdaje, że chcesz w zęby – Ślizgonka wstała i wyciągnęła różdżkę z kieszeni szaty. Mimo że sama kiedyś używała tego słowa, to nie lubiła, gdy ktoś obrażał jedyną dziewczynę, z którą się dogadywała.
- Nina, nie przesadzaj, nie... - powiedziała Hermiona.
- Oh, to tylko przyjemność dla mnie. Od kilku miesięcy mnie korci, żeby go wysłać do Pomfrey.
Malfoy nawet nie miał szansy wyjąć różdżki, gdy Nina wypowiedziała zaklęcie, które ostatnio podsłuchała z rozmowy starszych uczniów.
- Pellrismo... - ostatniej części zaklęcia nikt nie usłyszał, bo zostało powiedziane prawie bezgłośnie.
Po sekundzie Malfoy chwycił się za prawe przedramię, a na jego twarzy powstał grymas bólu.
- Pożałujesz Riddle – odwrócił się i pobiegł korytarzem w stronę Skrzydła Szpitalnego.
- Co ty mu zrobiłaś? - powiedziała, a prawie krzyknęła trochę pobladła na twarzy Hermiona.
- Coś... co z pewnością zapamięta – uśmiechnęła się Nina, chowając różdżkę do kieszeni i podskakując na schodach.
- Mogą cię za to wywalić. Ty myślisz czasami? - przeraziła się Gryfonka.
- Ta, myślę. To było przemyślane - Nina cieszyła się z tego, co zrobiła. Od tygodnia to zaklęcie chodziło jej po głowie, wymiatając wszystkie inne myśli.
- Powiesz, co mu zrobiłaś? - zapytała zrezygnowana Hermiona.
- Ma teraz taką ładną pamiątkę na ręce.
- Wiem, do czego służy to zaklęcie, ale co mu tam wytatuowałaś?!
- I LOVE MUGGLES... - po tych słowach Nina usiadła na stopniu i oparła się o ścianę, z trudem tłumiąc cisnący się jej do ust napad śmiechu. Hermionie jednak to się nie udało i parsknęła z szerokim uśmiechem na ustach.
- Wiem Hera, jestem genialna – zachichotała Ślizgonka.
W tym momencie dwie czarodziejki zauważyły zbliżających się Rona i Harry'ego.
- Coś nas ominęło? Widzieliście Malfoya? - zapytał na powitanie Ron. – Biegł jakby szynszymorę zobaczył albo gorzej...
- Straszna rzecz się stała... - Nina postanowiła trochę pośmiać się z Draco
- Co? Na serio szynszymorę zobaczył?
- Gorzej...
- Gadaj, co się stało, nigdy go takiego nie widziałem.
- Może zasnął i przyśnił mu się rudy olbrzym – odezwał się Harry.
- Wiesz co? Mów o sobie mikrusie – odpowiedział mu Weasley. – Nina, gadaj co dla Malfoya.
- To była tylko mała, słodka zemsta za jego ego. Muszę lecieć, mam zielarstwo, a to na drugim końcu szkoły. Pewnie i tak się spóźnię – Ślizgonka zarzuciła torbę na ramię i pobiegła przeskakując po dwa stopnie do szklarni, w której odbywały się zajęcia ze Sprout. Te lekcje nie były nigdy zaskakująco ciekawe, chyba że jeden z Puchonów znowu źle założył rękawiczki i poparzył się jadem jakiejś rośliny, lub coś wybuchnie, a to się często zdarzało.
Nina była już w połowie drogi do szklarni, gdy nagle usłyszała podniesione głosy za rogiem korytarza. Cicho podbiegła i wyjrzała zza zakrętu. Obok wejścia do gabinetu dyrektora zobaczyła dwie postacie, Dumbledore'a i Snape'a, którzy najwyraźniej się kłócili. Dyrektor wydawał się zdenerwowany. Nina, zaciekawiona ich burzliwą wymianą zdań, zaczęła się przysłuchiwać rozmowie.
- Severusie, nie mówisz poważnie... - dało się słyszeć głos Dumbledore'a.
- Albusie, nie możesz tego ukrywać, prawda i tak prędzej czy później wyjdzie na jaw – do uszu Niny dobiegły słowa nauczyciela eliksirów.
- Nikt nie jest przygotowany na taką wiadomość, kto wie, jak zareagowaliby uczniowie.
- A co z ligilimencją? Prędzej czy później ją odkryje. To chyba niemożliwe, żeby tego nie odziedziczyła.
- Na wszystko przyjdzie czas, musimy...
- Nic nie musimy Albusie! - teraz Snape prawie krzyczał. – Gdyby chciała coś zrobić twojemu Złotemu Chłopcu, to dawno byłoby po nim. A jak na razie jest odwrotnie, chyba gorszych papużek nierozłączek nie widziałem.
- Być może jest dobrą aktorką...
- Na litość boską, to są jeszcze dzieci!
- A ty jej bronisz, bo jest uczennicą Slytherinu.
Nina nie mogła uwierzyć w dwie rzeczy. Po pierwsze Dumbledore zawsze wydawał jej się okazem spokoju, po raz pierwszy widzi go takiego zdenerwowanego. Po drugie, jeżeli intuicja jej nie zawodzi... to mówią o niej? Co to ligilimencja? Jak mogła zagrażać Harry'emu? Na jaką wiadomość uczniowie nie są przygotowani? Za dużo pytań kłębiło jej się w głowie. Przez chwilę się zamyśliła. O jedną chwilę za dużo. Nie zauważyła, że nauczyciele skończyli burzliwą rozmowę, a w jej stronę szedł Severeus Snape. Nim zdążyła uciec, profesor ją zauważył. Wiedziała, że to oznacza kłopoty.
- Riddle – powiedział na jej widok.
- Podsłuchiwałaś - stwierdził ponownie.
- Przypadkiem tędy przechodziłam – odparła, nie zamierzała być potulna jak owieczka. Nie chciała pyskować do nauczyciela, jednak bardzo pragnęła dowiedzieć się, o czym rozmawiał z dyrektorem.
- Tak, ty sama jesteś przypadkiem – teraz Nina postanowiła to przemilczeć.
- Idziemy, nieważne co sądzi o tym Dumbledore - nauczyciel chwycił ją za szatę i poprowadził korytarzami w stronę swojego składu eliksirów, albo jak nazywali to pomieszczenie uczniowie, komórką Snape'a. Prawie wepchnął ją do niej, a potem zamknął drzwi. W pokoju nie znajdowało się okno, więc było bardzo ciemno.
- Lumos – szepnęła Nina, wyjmując różdżkę. Komórkę rozjaśniło jasnoniebieskie światło. Dookoła nich znajdowały się półki, od podłogi po sam sufit, a na nich setki, tysiące buteleczek różnych rozmiarów i kolorów.
- Wow, niezłe zapasy profesorze - przyznała, rozglądając się na wszystkie strony.
- Czegoś musicie używać na lekcjach - kąciki jego ust lekko drgnęły. - Przejdźmy do tematu, dzieciaku. Co usłyszałaś?
- Od... Severusie nie mówisz poważnie
- A co z tego zrozumiałaś?
- Więcej, niż pan sądzi – Nina nie miała zamiaru znowu być wodzona za nos, tym razem chciała wyciągnąć od nauczyciela jak najwięcej prawdziwych informacji, które miałyby sens. Powiecie pewnie, że jedenastoletnia dziewczynka nie potrafiłaby zrozumieć ponad połowy z nich, jednak dzieci wychowane w sierocińcu szybciej dorośleją, a rozumieją znacznie więcej niż większość starszej młodzieży.
- Dobra, wyjawię ci większą część prawdy, przynajmniej, o której ja wiem.
- Dlaczego chce pan mi pomóc? - zapytała Ślizgonka.
- Ponieważ sądzę, że okłamywanie i niepozwalanie na rozwijanie swoich talentów młodych czarodziejek i czarodziejów nie jest słuszne, a jak w twoim przypadku robi dyrektor Dumbledore. Już? Wystarczy wyjaśnień? Uważaj, bo się rozmyślę. Na początek co chciałabyś wiedzieć? - powiedział i zapytał już mniej przyjaznym głosem, chociaż jeszcze nie aż tak ostrym, do jakiego przywykli wszyscy uczniowie Hogwartu.
- Co to jest ligilimencja? Po kim miałabym ją odziedziczyć? Czemu jestem zagrożeniem dla Harry'ego? Czego mogą się przestraszyć uczniowie? Co Dumbledore przede mną ukrywa? O czym rozmawiał pan z Dumbledore'm? Czy... - Nina mogłaby wymienić jeszcze kilka trudnych pytań, ale zostały one przerwane przez profesora.
- Więcej wiedzieć nie musisz, a na niektóre i tak nie otrzymasz odpowiedzi. Ligilimencja to zdolność do wnikania, penetrowania cudzego umysłu, w wielu przypadkach idzie łatwo, jednak jest na to skuteczna ochrona, o tym dokładniej opowiem ci później.
- Takie czytanie w myślach? - zapytała dziewczyna. Po raz pierwszy w życiu słyszała o czymś takim.
- Czytanie w myślach, marzenie mugoli. Nie mieszaj sobie w głowie, wyjaśnię ci kiedyś, co chcesz jeszcze wiedzieć?
- Po kim ją odziedziczyłam? - Nina zanotowała sobie w pamięci, że musi iść do biblioteki poszukać informacji o ligilimecji.
- Po ojcu – Snape dziwnie ściszył głos przy tej odpowiedzi, czy za nią kryła się jakaś tajemnica?
- Znał pan mojego ojca? Ale...
- Każdy o nim słyszał, ale tylko kilka osób zna jego prawdziwe imię.
- Pan je znał? - Nina coraz bardziej miała wątpliwości co do tego, co chce jej przekazać Snape.
- Ja, Dumbledore, twoja matka i jeszcze kilka osób, o których nie musisz na razie wiedzieć.
- Czy powie mi pan, kim byli moi rodzice, czy mam to z pana wydusić? - lekko podniosła głos Nina. Bała się tego, co usłyszy. Nikt nigdy nie rozmawiał z nią na temat jej rodziny. Zawsze marzyła, że jej rodzice byli podróżnikami i zaginęli podczas jednej ze swoich wypraw. Wyobrażała sobie, że pewnego dnia przyjdą po nią, zabiorą do domu, gdzie będą mieszkać razem z kotem, psem i chomikiem. Te ciche pragnienia zawsze dodawały jej otuchy w gorszych chwilach. Wzięła głęboki oddech i pomyślała, że teraz trzeba dowiedzieć się prawdy.
- Twoja matka była uroczą kobietą, nazywała się Jennifer. Była... utalentowaną Ślizgonką. Uczyła się dwie klasy wyżej ode mnie. Była jedną z wielu uczennic Slytherinu, dla których czystość krwi była najważniejsza. Nie mam pojęcia, w jakich okolicznościach poznała twojego ojca, ale to zdecydowanie nie był dobry wybór. Miał na imię Tom Marvolo Riddle.
- Ta, imiona dużo mi mówią, opowie mi pan o nim? - Nina podskoczyła podekscytowana. Snape znał jej mamę. Chodziła kiedyś po tych samych korytarzach, co ona. Może nawet spała w tym samym dormitorium. Jednak nie mogła ukryć, że szczerze się zawiodła. Czyżby jej matka była tak jak Draco? Drwiła z mugoli, mugolaków i czarodziejów półkrwi? Z całą pewnością nie zamierzała być taka jak ona.
- No dobrze, ale lepiej usiądź – Snape wyczarował dwa krzesła i ustawił je naprzeciwko siebie, na jednym usiadła Nina, a na drugim nauczyciel.
- Czy mi się zdaje, że nie chce mi pan o tym opowiedzieć? Ale... ja muszę wiedzieć cokolwiek o mojej rodzinie, przecież i tak nie żyją, prawda? - zapytała Nina. Dziewczyna nie miała pojęcia, dlaczego Snape chce jej pomóc, wydało to się jej trochę podejrzane. Od zawsze faworyzował Ślizgonów, ale odkąd Nina zaczęła przyjaźnić się z Gryfonami, ją też zaczął gorzej traktować. W tym miesiącu dostała już dwie oceny nędzne z eliksirów, mimo tego, że naprawdę przyłożyła się do nauki tego przedmiotu.
Myśli Niny wróciły do rozmowy z profesorem. Nauczyciel przez chwilę nie wydawał z siebie głosu, jakby układał w myślach co powiedzieć swojej uczennicy.
- Tak, twoja matka nie żyje, została zamordowana. Ojciec... to już trochę więcej informacji, ale posłuchaj, cokolwiek tu usłyszysz, nie powiesz tego nikomu, tak? - zapytał grobowym głosem Snape.
- A jeżeli powiem?
Nauczyciel zmroził ją wzrokiem. Nina wzdrygnęła się i ponownie się odezwała.
- No dobrze, będę milczała jak grób.
- Może nie przyjmiesz dobrze tej wiadomości – profesor ściszył głos niemal do szeptu. – Twój ojciec żyje, niestety.
- Ż... żyje? Czemu niestety? Dlaczego nic o tym nie wiem? Czy jest jakimś przestępcą? - Nina miała mętlik w głowie. Czemu ojciec nie dał znaku życia przez te wszystkie lata? Przez kilka następnych sekund przez jej głowę przeleciały dziesiątki czarnych scenariuszy związanych z jej ojcem.
- Można tak powiedzieć, na pewno chcesz wiedzieć?
- Jak pan zaczął, to niech pan skończy.
- To zły człowiek, może nawet już nie jest człowiekiem - ręce profesora lekko zadrżały, gdy poprawił rękawy swojej kruczoczarnej jak oczy Niny szaty.
- Zabił wiele osób... - kontynuował.
- Niech pan mówi do cholery, kim jest mój ojciec – Ślizgonka próbowała na początku udawać obojętną, ale teraz już nie potrafiła grać. Zbyt dużo myśli, tych dobrych i złych kłębiło jej się w głowie.
- Twoim ojcem jest Lord Voldemord – to zdanie nauczyciel wręcz wyszeptał. Ninę zamurowało. Nie, to niemożliwe, człowiek, który zabił Potterów i wiele innych osób nie jest jej ojcem. To pomyłka, Snape się myli. Ślizgonka ukryła twarz w dłoniach, z trudem powstrzymując płacz. Nie, nie....
- Idź do dormitorium, prześpij się. Mówiłem, że lepiej, żebyś tego nie wiedziała.
- T...teraz to ma sens... - zająknęła się Ślizgonka. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Jak ma teraz spojrzeć Harry'emu w oczy?
- Wiem... - nauczyciel wstał i podszedł do drzwi, które lekko uchylił.
- Ale ja im pokażę. Zrozumieją, że nie jestem taka jak on. A Dumbledore... nie obchodzi mnie co sobie myśli w tej siwej głowie, ale nie pozwolę mu oddalać mnie od przyjaciół – Nina powoli oswajała się z myślą o swoim pochodzeniu i postanowiła, że jak na razie nikt nie może się o tym dowiedzieć. Była zdeterminowana udowodnić wszystkim, że wcale nie musi być zła. Może, gdy uczniowie poznają jej dobrą stronę, to nie przerażą się tak bardzo, gdy usłyszą o jej rodzinie?
- Mam do pana małą prośbę, w zasadzie to dwie... - powiedziała, podchodząc do profesora.
- Jeżeli będę mógł to...
- Nauczy mnie pan tej ligilimencji, a to, co mi pan powiedział, zostanie tylko między nami. Nikt nie może się o tym dowiedzieć, może kiedyś sama powiem niektórym osobom.
Nina zarzuciła swoją torbę na ramię i wybiegła na korytarz zostawiając Snape'a samego. Było wcześnie, pół do dwunastej to nie jest czas na sen. Nie miała zamiaru wracać teraz na zajęcia. Do głowy przyszło jej tylko jedno miejsce, w którym mogłaby spędzić w spokoju resztę dzisiejszego dnia. Wieża astronomiczna powinna być idealna.
OoOoOoOoOoOoO
Przeczytałeś - skomentuj! Piszę również na Wattpadzie, więc jeżeli macie ochotę - mój nick to "CzarnaGwazda-" :) 

niedziela, 6 listopada 2016

I:Rozdział 8 - Quidditch

Minął kolejny tydzień nauki. Nadszedł dzień, na który czekała większość uczniów Hogwartu. Dzisiaj bowiem miał się odbyć pierwszy w tym sezonie szkolny mecz Quidditcha. A najbardziej niespokojni byli Gryfoni i Ślizgoni, ponieważ właśnie między tymi domami miała rozegrać się gra. Nina nie wiedziała, komu kibicować. Lubiła Gryfonów i z chęcią dołączyłaby w tłum czerwono-złotych szalików, proporców i flag, ale jednak ostatnio dość dobrze dogadywała się ze swoim domem. Między młotem a kowadłem, jak to mawiają mugole. Nina zmierzała właśnie samotnie wąską ścieżką w kierunku stadionu, gdy usłyszała znajomy głos za swoimi plecami.
- A jednak idziesz? - zapytał Harry, przeskakując kamień leżący na ścieżce. Uśmiechnął się do Niny, przekładając nieporadnie miotłę z jednej ręki do drugiej. Ślizgonka zauważyła, że miotła aż lśni nowością, jakby dopiero co została sprzedana. Uznała jednak, że nie będzie pytać o to Gryfona.
- Myślałeś, że nie pójdę głupku? - zaśmiała się w odpowiedzi. – Tylko nie wiem komu kibicować.
- Jesteś Ślizgonką... więc chyba powinnaś, no wiesz...
- Wiem, a tak w ogóle to powodzenia na meczu.
- Dzięki, mam nadzieję, że nie nawalę.
- Jak chcesz, to mogę cię przykleić do miotły, żaden problem. Będzie tylko jeden z oderwaniem cię od niej... - Nina nie dokończyła zdania, bo dostała lekkiego kuksańca w bok. Zachowanie Gryfona było dla Niny nienaturalne. Nie odzywał się do niej od kilku dni. Zdziwiła się tym bardziej, gdy zauważyła szeroki uśmiech na jego twarzy.

- Posłuchaj, wyjaśnij mi coś - powiedziała.
- Co takiego?
- Najpierw całkiem dobrze się dogadujemy, później, gdy zostałam przydzielona do Slytherinu, kompletnie się na mnie wypiąłeś. Ostatnio ze mną nie rozmawiasz, a teraz podchodzisz do mnie jak do najlepszej przyjaciółki. A mówią, że to dziewczyny nie mogą się na nic zdecydować.
- Po prostu... lubię cię, ale...
- Ron? - przerwała mu.
- Co?
- Ron. Od początku był wrogo nastawiony do Ślizgonów. Może... wiem, nie chcesz stracić przyjaciela, rozumiem.
- Porozmawiam z nim. Zgoda? Koniec obrażania się na siebie? Zostaniemy przyjaciółmi?
Nina nie wiedziała, co odpowiedzieć Gryfonowi. Nie chciała jednak kolejnej kłótni, więc podała mu rękę i powiedziała
- Od dzisiaj dobrzy znajomi.
Harry uśmiechnął się w odpowiedzi. Nie zauważyli nawet, jak szybko minęła im droga na stadion.
- A ty nie powinieneś być w szatni z drużyną? - zapytała Gryfona Nina
- Zabiją mnie. Pa, trzymaj za mnie kciuki! - krzyknął na pożegnanie, i po chwili zniknął Ninie z oczu. Dziewczyna znowu została sama. Prawie wszyscy uczniowie dopiero wychodzili ze szkoły. Nagle Nina wpadła na znakomity pomysł. Po krótkiej chwili była już w połowie drogi z powrotem do zamku. Miała nadzieję, że jej niespodzianka spodoba się Gryfonom
***
Pięć minut później Nina wpadła zdyszana do dormitoriów Ślizgonów. Po kolejnych chwilach z torbą na ramieniu pędziła z powrotem na stadion. Tym razem była prawie ostatnia. Tylko nieliczne ślamazary pokonywały ostatnie metry przed wejściem. Dziewczyna nie udała się razem z uczniami na trybuny, lecz została przy podporach je podtrzymujących. Wyjęła z torby swój podręcznik od zaklęć i w pośpiechu przeglądała spis treści. Po chwili znalazła już to, czego szukała. Dosłownie minutę później na boisko wlecieli zawodnicy. Nina z trudem odnajdywała wśród nich Harry'ego. Teraz, dokładnie w tej chwili nadeszła pora na niespodziankę. W swoją prawą dłoń chwyciła różdżkę, uniosła ją w górę, celując ponad głowy zawodników i cicho, niemal niesłyszalnie wypowiedziała zaklęcie
- Fawerto Iniske Gryffindor.
Udało się! Zaskoczeni uczniowie spojrzeli w górę, gdzie pojawiły się dziesiątki fajerwerków, łączących się w obrazek przedstawiający godło Gryffindoru, złotego lwa na czerwonym tle. Ślizgoni, jak można było się tego spodziewać, nie byli tym wydarzeniem zachwyceni. Uczniowie z jej domu nie mogli jej dostrzec, dopóki stała ukryta pod trybunami, ale była pewna, że Draco domyślił się, że to ona stoi za odpaleniem fajerwerków. Nagle za swoimi plecami usłyszała kroki. Nie miała już czasu na ukrycie się, więc po chwili odwróciła się. Kilka kroków przed nią stał profesor Quirrel. Jak zwykle ubrany w swój turban, długie szaty oraz zdecydowanie niepasujące do reszty ubioru czerwone, skórzane buty. Nina jak dotąd nie rozmawiała z nauczycielem, nie licząc jej pierwszej lekcji obrony.
- Powinienem poin...informować o tym pro...rofesora Dumbledore'a – powiedział ze zwykłym dla siebie jąkaniem.
- To dlaczego pan tego nie zrobi? - zapytała, zakładając ręce na piersi i lekko przechylając głowę.
- Bo... nie widzę w ty..tym niczego z...złego – odparł Quirrel
- Więc... nie będę miała przez to kłopotów?
- Po...powinienem raczej pochwalić cię przed pro...profesorem Flitwickiem. To zaklęcie jest do...dość trudne, na po...poziomie trzeciego roku.
- Więc dlaczego znalazło się w książce dla pierwszorocznych? - zapytała zdziwiona. Quirrel z jakiegoś powodu jest dla niej miły. Profesor milczał. Nina wiedziała, że nie może znaleźć odpowiedzi na jej pytanie, a co za tym idzie, nie mówi prawdy. Mimo swojego młodego wieku Ślizgonka czytała z ludzi jak z otwartych ksiąg. Po prostu wyczuwała ich emocje.
- To jak? Odpowie mi pan na moje pytanie? - zapytała, podchodząc kilka kroków w stronę nauczyciela.
- Oh, chyba już zaczęli – zmienił temat Quirrel – Może pójdziemy na trybuny?
- Tak, oczywiście. - Nina udała, że nie zauważa nerwowego zachowania nauczyciela. Po chwili Nina wcisnęła się między grupę Ślizgonów, a Quirrel usiadł obok McGonagall. Dziewczyna nie zauważyła, jak szybko minął czas. Podczas jej rozmowy z Quirrelem minęła już ponad połowa meczu. Postanowiła, że na chwilę zapomni o nauczycielu i skupi się na grze. Jednak nie szło jej to łatwo. Ciągle czuła na sobie jego wzrok, chociaż tego nie widziała. Takie rzeczy się po prostu wie, przynajmniej ona wiedziała, gdy ktoś ją obserwuje. Z rozmyślań wyrwał ją głos, który rozbrzmiał tuż koło jej lewego ucha.
- Wiem, że to ty – usłyszała. Nina lekko obróciła głowę i już wiedziała, do kogo należy głos. Krótkie blond włosy, szare oczy, kpiący uśmieszek, to musiał być Draco.
- A nawet jeśli? To co? - odpowiedziała mu
- Jak to co? Jesteś do nie powiem czego Ślizgonką! Jeszcze trochę, a odeślemy cię do Hufflepuffu.
- Draconek boi się przeklinać? Do Hufflepuffu? Jak chcecie mnie odsyłać to raczej na Puchonkę się nie nadaję, przekonałeś się o tym. Nie jestem za bardzo przyjacielska.
- A jeszcze niedawno myślałem, że moglibyśmy zostać przyjaciółmi.
Nina westchnęła i odwróciła się od Malfoy'a. Jak mogła być tak łatwowierna? Wiedziała teraz, że nie ma co liczyć na dobre stosunki z Domem Węża.
Następnie Draco chyba coś powiedział, ale Nina już tego nie słyszała, bo zagłuszył to wybuch radości ze strony trybun Gryfonów. Dwie drużyny wylądowały już na boisku. Ślizgonka nie śledziła przebiegu meczu, ale z tego, co widziała na boisku, wynikały dwie, a raczej cztery sprawy. Gryffindor wygrał, Harry złapał znicza. Slytherin przegrał, Ślizgoni są wkurzeni. Po kilku chwilach trybuny pustoszały, a na nich zostawały tylko nieliczne, małe grypki uczniów, którzy żywo dyskutowali o przebiegu meczu. Nina samotnie szła w kierunku budynku szkoły. Bo niby z kim miała wracać? Draco i reszta Ślizgonów nie wchodzili w grę, Gryfoni pewnie teraz balują w pokoju wspólnym. Krukoni i Puchoni? Nawet żadnego z nich nie znała. A jednak usłyszała za sobą kroki. Odwróciła się szybko. Zobaczyła dobrze znaną sobie czarną czuprynę oraz okrągłe okulary. Czemu nie świętuje zwycięstwa w szkole?
- A ty co? Zaspałeś na miotle?! - krzyknęła do niego.
- Nie, cze... czekałem na ciebie – odparł zdyszany po długim biegu Gryfon.
- Chyba się nie doczekałeś. Gratuluję... jakby to powiedzieć tak nie po mugolsku... magicznie zajebisty mecz – powiedziała ze śmiechem
- Dzięki. Fajne były te fajerwerki na początku, no nie? Pewnie Fred i George je załatwili.
- Tak, rzeczywiście fajne – powiedziała nieco ciszej. Czy on jest aż tak ślepy? Człowiek tu się męczy, szuka, kombinuje, a wszyscy myślą, że to Weasleye? Ten świat schodzi na rudych. Nina jednak tylko wewnątrz się gotowała. Harry widział przed sobą tylko małą, uśmiechniętą dziewczynkę.
- Tylko tyle? Jak ich znajdę muszę im pogratulować.
- A ty przypadkiem nie masz być w pokoju wspólnym? Hello, obudź się, ziemia do Harry'ego, wygraliście mecz. Pewnie szukają cię po całym zamku, krzycząc „Harry, Harrek. Harruniuniuniu!” - Nina przedrzeźniała głos Rona.
- Ej, no weź. Dobra, lecę. Do jutra.... Nineczka! - krzyknął, machając do niej, a po chwili był już pod bramą Hogwartu. Resztę drogi dzielącą ją od szkoły Ślizgonka pokonała już samotnie. Po jakiś dziesięciu minutach była już w swoim dormitorium. Było za wcześnie na spanie, a za późno na łażenie po zamku. Chociaż? Czy dla Niny kiedykolwiek jest na coś za późno? Szybko ściągnęła szkolne szaty, a nałożyła swoje ulubione czarne jeansy, ciemnoniebieską bluzę i wyszła z lochów. Przelotnie spojrzała na zegar w holu. Ósma. Ma dwie godziny przed „ godziną policyjną Hogwartu”, jak to zwykle mówili w Slytherinie. Skierowała się w stronę wieży astronomicznej. Od początku roku była tam tylko raz, ale bardzo jej się spodobało. Idealne miejsce po to, żeby przemyśleć kilka spraw. Przechodząc obok schodów prowadzących do wieży Gryffindoru słyszała przytłumione odgłosy zabawy. Jeszcze niedawno tak samo bawiła się w pokoju wspólnym Slytherinu. Czyżby była to tylko jednorazowa sytuacja? Czy tylko raz mogła zobaczyć, jak naprawdę wygląda życie Ślizgonów? Wcale nie takie aroganckie, bogate i niesmaczne, tylko zabawne, lekko zwariowane. Miała wrażenie, że była wtedy innym człowiekiem, ale cóż, wracajmy do rzeczywistości. Jej własny dom jej nienawidzi, z powodu tych fajerwerków, Gryfoni mają własne życie, a ona? Kiedy znajdzie przyjaciół na każdą porę dnia i nocy, na dobre i na złe?
OoOoOoOoOoOoOoO
Okay, oto kolejny rozdział :) Proźba - jeżeli przeczytałeś - daj o sobie znać! Komentarze dodają weny i pomagają w pisaniu!