- A jednak idziesz? - zapytał Harry, przeskakując kamień leżący na ścieżce. Uśmiechnął się do Niny, przekładając nieporadnie miotłę z jednej ręki do drugiej. Ślizgonka zauważyła, że miotła aż lśni nowością, jakby dopiero co została sprzedana. Uznała jednak, że nie będzie pytać o to Gryfona.
- Myślałeś, że nie pójdę głupku? - zaśmiała się w odpowiedzi. – Tylko nie wiem komu kibicować.
- Jesteś Ślizgonką... więc chyba powinnaś, no wiesz...
- Wiem, a tak w ogóle to powodzenia na meczu.
- Dzięki, mam nadzieję, że nie nawalę.
- Jak chcesz, to mogę cię przykleić do miotły, żaden problem. Będzie tylko jeden z oderwaniem cię od niej... - Nina nie dokończyła zdania, bo dostała lekkiego kuksańca w bok. Zachowanie Gryfona było dla Niny nienaturalne. Nie odzywał się do niej od kilku dni. Zdziwiła się tym bardziej, gdy zauważyła szeroki uśmiech na jego twarzy.
- Posłuchaj, wyjaśnij mi coś - powiedziała.
- Co takiego?
- Najpierw całkiem dobrze się dogadujemy, później, gdy zostałam przydzielona do Slytherinu, kompletnie się na mnie wypiąłeś. Ostatnio ze mną nie rozmawiasz, a teraz podchodzisz do mnie jak do najlepszej przyjaciółki. A mówią, że to dziewczyny nie mogą się na nic zdecydować.
- Po prostu... lubię cię, ale...
- Ron? - przerwała mu.
- Co?
- Ron. Od początku był wrogo nastawiony do Ślizgonów. Może... wiem, nie chcesz stracić przyjaciela, rozumiem.
- Porozmawiam z nim. Zgoda? Koniec obrażania się na siebie? Zostaniemy przyjaciółmi?
Nina nie wiedziała, co odpowiedzieć Gryfonowi. Nie chciała jednak kolejnej kłótni, więc podała mu rękę i powiedziała
- Od dzisiaj dobrzy znajomi.
Harry uśmiechnął się w odpowiedzi. Nie zauważyli nawet, jak szybko minęła im droga na stadion.
- A ty nie powinieneś być w szatni z drużyną? - zapytała Gryfona Nina
- Zabiją mnie. Pa, trzymaj za mnie kciuki! - krzyknął na pożegnanie, i po chwili zniknął Ninie z oczu. Dziewczyna znowu została sama. Prawie wszyscy uczniowie dopiero wychodzili ze szkoły. Nagle Nina wpadła na znakomity pomysł. Po krótkiej chwili była już w połowie drogi z powrotem do zamku. Miała nadzieję, że jej niespodzianka spodoba się Gryfonom
***
Pięć minut później Nina wpadła zdyszana do dormitoriów Ślizgonów. Po kolejnych chwilach z torbą na ramieniu pędziła z powrotem na stadion. Tym razem była prawie ostatnia. Tylko nieliczne ślamazary pokonywały ostatnie metry przed wejściem. Dziewczyna nie udała się razem z uczniami na trybuny, lecz została przy podporach je podtrzymujących. Wyjęła z torby swój podręcznik od zaklęć i w pośpiechu przeglądała spis treści. Po chwili znalazła już to, czego szukała. Dosłownie minutę później na boisko wlecieli zawodnicy. Nina z trudem odnajdywała wśród nich Harry'ego. Teraz, dokładnie w tej chwili nadeszła pora na niespodziankę. W swoją prawą dłoń chwyciła różdżkę, uniosła ją w górę, celując ponad głowy zawodników i cicho, niemal niesłyszalnie wypowiedziała zaklęcie
- Fawerto Iniske Gryffindor.
Udało się! Zaskoczeni uczniowie spojrzeli w górę, gdzie pojawiły się dziesiątki fajerwerków, łączących się w obrazek przedstawiający godło Gryffindoru, złotego lwa na czerwonym tle. Ślizgoni, jak można było się tego spodziewać, nie byli tym wydarzeniem zachwyceni. Uczniowie z jej domu nie mogli jej dostrzec, dopóki stała ukryta pod trybunami, ale była pewna, że Draco domyślił się, że to ona stoi za odpaleniem fajerwerków. Nagle za swoimi plecami usłyszała kroki. Nie miała już czasu na ukrycie się, więc po chwili odwróciła się. Kilka kroków przed nią stał profesor Quirrel. Jak zwykle ubrany w swój turban, długie szaty oraz zdecydowanie niepasujące do reszty ubioru czerwone, skórzane buty. Nina jak dotąd nie rozmawiała z nauczycielem, nie licząc jej pierwszej lekcji obrony.
- Powinienem poin...informować o tym pro...rofesora Dumbledore'a – powiedział ze zwykłym dla siebie jąkaniem.
- To dlaczego pan tego nie zrobi? - zapytała, zakładając ręce na piersi i lekko przechylając głowę.
- Bo... nie widzę w ty..tym niczego z...złego – odparł Quirrel
- Więc... nie będę miała przez to kłopotów?
- Po...powinienem raczej pochwalić cię przed pro...profesorem Flitwickiem. To zaklęcie jest do...dość trudne, na po...poziomie trzeciego roku.
- Więc dlaczego znalazło się w książce dla pierwszorocznych? - zapytała zdziwiona. Quirrel z jakiegoś powodu jest dla niej miły. Profesor milczał. Nina wiedziała, że nie może znaleźć odpowiedzi na jej pytanie, a co za tym idzie, nie mówi prawdy. Mimo swojego młodego wieku Ślizgonka czytała z ludzi jak z otwartych ksiąg. Po prostu wyczuwała ich emocje.
- To jak? Odpowie mi pan na moje pytanie? - zapytała, podchodząc kilka kroków w stronę nauczyciela.
- Oh, chyba już zaczęli – zmienił temat Quirrel – Może pójdziemy na trybuny?
- Tak, oczywiście. - Nina udała, że nie zauważa nerwowego zachowania nauczyciela. Po chwili Nina wcisnęła się między grupę Ślizgonów, a Quirrel usiadł obok McGonagall. Dziewczyna nie zauważyła, jak szybko minął czas. Podczas jej rozmowy z Quirrelem minęła już ponad połowa meczu. Postanowiła, że na chwilę zapomni o nauczycielu i skupi się na grze. Jednak nie szło jej to łatwo. Ciągle czuła na sobie jego wzrok, chociaż tego nie widziała. Takie rzeczy się po prostu wie, przynajmniej ona wiedziała, gdy ktoś ją obserwuje. Z rozmyślań wyrwał ją głos, który rozbrzmiał tuż koło jej lewego ucha.
- Wiem, że to ty – usłyszała. Nina lekko obróciła głowę i już wiedziała, do kogo należy głos. Krótkie blond włosy, szare oczy, kpiący uśmieszek, to musiał być Draco.
- A nawet jeśli? To co? - odpowiedziała mu
- Jak to co? Jesteś do nie powiem czego Ślizgonką! Jeszcze trochę, a odeślemy cię do Hufflepuffu.
- Draconek boi się przeklinać? Do Hufflepuffu? Jak chcecie mnie odsyłać to raczej na Puchonkę się nie nadaję, przekonałeś się o tym. Nie jestem za bardzo przyjacielska.
- A jeszcze niedawno myślałem, że moglibyśmy zostać przyjaciółmi.
Nina westchnęła i odwróciła się od Malfoy'a. Jak mogła być tak łatwowierna? Wiedziała teraz, że nie ma co liczyć na dobre stosunki z Domem Węża.
Następnie Draco chyba coś powiedział, ale Nina już tego nie słyszała, bo zagłuszył to wybuch radości ze strony trybun Gryfonów. Dwie drużyny wylądowały już na boisku. Ślizgonka nie śledziła przebiegu meczu, ale z tego, co widziała na boisku, wynikały dwie, a raczej cztery sprawy. Gryffindor wygrał, Harry złapał znicza. Slytherin przegrał, Ślizgoni są wkurzeni. Po kilku chwilach trybuny pustoszały, a na nich zostawały tylko nieliczne, małe grypki uczniów, którzy żywo dyskutowali o przebiegu meczu. Nina samotnie szła w kierunku budynku szkoły. Bo niby z kim miała wracać? Draco i reszta Ślizgonów nie wchodzili w grę, Gryfoni pewnie teraz balują w pokoju wspólnym. Krukoni i Puchoni? Nawet żadnego z nich nie znała. A jednak usłyszała za sobą kroki. Odwróciła się szybko. Zobaczyła dobrze znaną sobie czarną czuprynę oraz okrągłe okulary. Czemu nie świętuje zwycięstwa w szkole?
- A ty co? Zaspałeś na miotle?! - krzyknęła do niego.
- Nie, cze... czekałem na ciebie – odparł zdyszany po długim biegu Gryfon.
- Chyba się nie doczekałeś. Gratuluję... jakby to powiedzieć tak nie po mugolsku... magicznie zajebisty mecz – powiedziała ze śmiechem
- Dzięki. Fajne były te fajerwerki na początku, no nie? Pewnie Fred i George je załatwili.
- Tak, rzeczywiście fajne – powiedziała nieco ciszej. Czy on jest aż tak ślepy? Człowiek tu się męczy, szuka, kombinuje, a wszyscy myślą, że to Weasleye? Ten świat schodzi na rudych. Nina jednak tylko wewnątrz się gotowała. Harry widział przed sobą tylko małą, uśmiechniętą dziewczynkę.
- Tylko tyle? Jak ich znajdę muszę im pogratulować.
- A ty przypadkiem nie masz być w pokoju wspólnym? Hello, obudź się, ziemia do Harry'ego, wygraliście mecz. Pewnie szukają cię po całym zamku, krzycząc „Harry, Harrek. Harruniuniuniu!” - Nina przedrzeźniała głos Rona.
- Ej, no weź. Dobra, lecę. Do jutra.... Nineczka! - krzyknął, machając do niej, a po chwili był już pod bramą Hogwartu. Resztę drogi dzielącą ją od szkoły Ślizgonka pokonała już samotnie. Po jakiś dziesięciu minutach była już w swoim dormitorium. Było za wcześnie na spanie, a za późno na łażenie po zamku. Chociaż? Czy dla Niny kiedykolwiek jest na coś za późno? Szybko ściągnęła szkolne szaty, a nałożyła swoje ulubione czarne jeansy, ciemnoniebieską bluzę i wyszła z lochów. Przelotnie spojrzała na zegar w holu. Ósma. Ma dwie godziny przed „ godziną policyjną Hogwartu”, jak to zwykle mówili w Slytherinie. Skierowała się w stronę wieży astronomicznej. Od początku roku była tam tylko raz, ale bardzo jej się spodobało. Idealne miejsce po to, żeby przemyśleć kilka spraw. Przechodząc obok schodów prowadzących do wieży Gryffindoru słyszała przytłumione odgłosy zabawy. Jeszcze niedawno tak samo bawiła się w pokoju wspólnym Slytherinu. Czyżby była to tylko jednorazowa sytuacja? Czy tylko raz mogła zobaczyć, jak naprawdę wygląda życie Ślizgonów? Wcale nie takie aroganckie, bogate i niesmaczne, tylko zabawne, lekko zwariowane. Miała wrażenie, że była wtedy innym człowiekiem, ale cóż, wracajmy do rzeczywistości. Jej własny dom jej nienawidzi, z powodu tych fajerwerków, Gryfoni mają własne życie, a ona? Kiedy znajdzie przyjaciół na każdą porę dnia i nocy, na dobre i na złe?
OoOoOoOoOoOoOoO
Okay, oto kolejny rozdział :) Proźba - jeżeli przeczytałeś - daj o sobie znać! Komentarze dodają weny i pomagają w pisaniu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz