Cholera. Jasna, jedna, wielka cholera! Czy moje życie nie może być normalne? Ok, bycie czarownicą nie jest do końca normalne, ale córka Voldemorta?! Ludzie no, ja oszaleję! - Nina nie pamiętała już, jak długo siedziała na wieży astronomicznej, ale na pewno nie była to krótka chwilka. Po słowach, które niedawno usłyszała z ust Snape'a nic nie motywowało jej do pójścia na zajęcia. Jak na razie podjęła kilka decyzji. Po pierwsze teraz nie może powiedzieć o tym przyjaciołom. Po drugie musi nauczyć się ligilimencji, cokolwiek to jest. A po trzecie to zadbać o to, żeby nie martwić się swoimi rodzicami, a raczej rodzicem. Stała teraz na szczycie wieży, przyglądając się ptakom latającym na zewnątrz. Chłodny wiatr rozwiewał jej niedbale związane w kucyk włosy, a złociste promienie zimowego słońca odbijały się w jej oczach. Doszła do wniosku, że jednak dobrze jest nie wiedzieć kilku rzeczy. Pierwszy szok związany z poznaniem prawdy już minął. Teraz zaczynała dostrzegać inne strony tej sytuacji.
Po następnych kilku następnych minutach spędzonych na wieży doszła do wniosku, że nie powinna się tym wszystkim zamartwiać. Przecież nie jest taka sama jak jej ojciec. W końcu postanowiła zejść do dormitorium, przebrać się ze szkolnych szat w jakieś wygodniejsze rzeczy i trochę połazić po błoniach. Trochę zdziwiło ją to, że na korytarzach było pusto. O tej porze nigdy nie widziała pustych ławek pod oknami, a starsi uczniowie zawsze grali w czarodziejską zośkę albo szachy. Jednak postanowiła się tym nie przejmować i czym prędzej wyjść z zamku. Szybko wpadła do pokoju Ślizgonów, weszła do dormitorium, założyła czarne legginsy, wygodne tenisówki, niebieską koszulkę oraz bluzę z kapturem.
Po chwili już szła ścieżką prowadzącą wzdłuż jeziora leżącego nieopodal szkoły. Usiadła na brzegu, wzięła do ręki garść kamyków i zaczęła puszczać kaczki po tafli wody. Nigdy ta czynność specjalnie jej nie wychodziła, jednak już po kwadransie rzucony przez nią kamyk odbił się od tafli wody trzy razy. Nagle tuż za sobą usłyszała ciężkie kroki na kamieniach.
- Tak myślałem, że cię tu znajdę - tuż obok jej ucha usłyszała donośny, męski głos. Z szybkością błyskawicy odwróciła się w stronę drugiej osoby. Przed swoimi oczami zobaczyła krwistoczerwone oczy jakiegoś zwierzęcia.
- Cześć Hagridzie - westchnęła Nina, patrząc w górę na twarz gajowego Hogwartu. Źrenice, które na początku rzuciły się jej w oczy, należały do jakiegoś zwierzaka, z których zrobione było futro mężczyzny. Ostrożnie przeskoczyła na kamień znajdujący się bliżej brzegu i zeskoczyła na pożółkłą już nieco trawę.
- Rozmawiałem przed chwilą z profesorem Snape'm i wiesz... powiedział, że powinienem z tobą porozmawiać - powiedział gajowy, biorąc do ręki kamień i rzucając go do wody. Nina przez chwilę przyglądała się odbijającym się bez końca na tafli jeziora przedmiocie.
- O czym? - Nina już myślała o najbardziej bolesnym sposobie śmierci, który mogłaby wypróbować na nauczycielu. Nie mogła uwierzyć, że już po kilku minutach od ich rozmowy nauczyciel powiedział o wszystkim Hagridowi.
- Posłuchaj... sam nie wiem, dlaczego mi to powiedział. Do tej pory nie miałem pojęcia, że on wie... wie, że znałem twojego ojca - westchnął. Nina wstrzymała oddech na kilka sekund. Po chwili poczuła, że musi to wszystko odreagować i wzięła do ręki spory kamień, po czym z impetem rzuciła go do lustra jeziora.
- Dlaczego pan mi to mówi? Guzik mnie obchodzi mój ojciec - prychnęła, wsadzając ręce do kieszeni szkolnej szaty. Z jednej strony nie chciała znowu wracać do tego tematu, natomiast z drugiej ciekawość pożerała ją od środka. Co Hagrid ma wspólnego z jej ojcem? Przez opowieści starszych uczniów zaczęła się bać wymawiania jego imienia. Zapewne kilka miesięcy temu nie miałaby z tym problemu, jednak otoczenie czarodziejów mocno na nią wpłynęło.
- Obchodzi - z zamyślenia wyrwał ją głos gajowego.
- Dobra ... niech pan mówi. Ale ostrzegam, nie będę słuchała historyjek o tym, jak był okropny, że tak bardzo go przypominam i tym podobne, jasne?
Podczas chwili milczenia, która nastała po jej słowach, nie mogła ustać spokojnie. Balansowała teraz obiema stopami na kamieniu zanurzonym częściowo w wodzie. Nigdy nie miała znacznych problemów z utrzymaniem równowagi, jednak zauważyła, że jej nogi lekko drżą.
- Holipka, nawet nie wiem, od czego zacząć - wkrótce odezwał się mężczyzna, unosząc jedną rękę i drapiąc się po bujnej, kręconej brodzie.
- Po prostu... skąd pan go zna?
- Ehh... Uczył się ze mną na tym samym roku w Hogwarcie - Nina lekko zdziwiła się po tych słowach.
- Pan jest czarodziejem? - zapytała z niedowierzaniem. Nigdy nie widziała, żeby Hagrid czarował. Nie dostrzegła też różdżki w jego dłoni. Gajowy pokręcił głową na boki i lekceważąco machnął ręką.
- Nie ma o czym gadać. Więc... może tak... nie jesteś do niego podobna ani trochę. Twój ojciec był wzorem, najlepszym uczniem, pupilkiem nauczycieli. Zawsze sprawiał wrażenie takiego cichego, zamkniętego w sobie. Ty jesteś raczej jego przeciwieństwem...
- W takim razie co się stało, że stał się taki... zły?
- Nie wiem, naprawdę nie wiem. Wychowywał się w sierocińcu, więc może...
- To chyba po nim odziedziczyłam - wtrąciła dziewczyna.
- Możesz mi nie przerywać? - żachnął się Hagrid.
Nina przytaknęła niechętnie na słowa gajowego. Nie chciała się przyznać, że to, co mówił, bardzo ją intrygowało. Z natury była ciekawska, ale teraz miała wrażenie, że jeżeli nie dowie się czegoś więcej, to wydusi to z Hagrida siłą. Wiedziała jednak, że nie dałaby rady ogromnemu mężczyźnie, więc postanowiła poczekać, aż skończy swoją opowieść.
- W takim razie, na czym to ja... Wychował się w sierocińcu, zawsze brakowało mu rodziny, w szkole nie miał przyjaciół, myślę, że samotność i nienawiść do mugoli sprawiła, że stał się taki, jaki stał... ehh... nie znałem go zbyt dobrze, jednak jedna rzecz zawsze szczególnie mnie w nim ciekawiła. Mimo że... no... był, jaki był, arogancki, pycha aż wypływała mu przez dziurki w nosie, a do innych zwracał się jak do podwładnych... to zawsze był pupilkiem nauczycieli. Na prawdę... był dziwnym człowiekiem.
- Był? Więc nie żyje? - zapytała Nina, gdy gajowy skończył mówić.
- No... holipka... gdy próbował rozpętać wojnę... to wątpię, że zostało wtedy jeszcze w nim coś z człowieka.
- Jak to się stało, że poznał moją matkę? Dlaczego zakochała się w takim... psycholu? Z tego, co wiem, to urodziłam się jeszcze, gdy... Voldemort żył - pod koniec swojej wypowiedzi lekko ściszyła głos, jednak, nawet gdy wyszeptała imię swojego ojca, zauważyła, że Hagrid wzdrygnął się jakby rażony piorunem.
- Nie wymawiaj tego imienia - powiedział, rozglądając się na boki. Wyglądał, jakby wyczekiwał czegoś strasznego, co mogłoby się za chwilę wydarzyć. Ninie udzielił się jego nastrój i potarła dłońmi ramiona.
- Twoja matka... - kontynuował mężczyzna - ...ona była całkiem inna. Gdyby żyła może całkowicie inaczej potoczyłyby się losy wojny. Ale nie powiem ci dokładnie, jak było. Wiem tylko tyle, że krążyły plotki, że Sama-Wiesz-Kto zabił ją dlatego...że go zdradziła. Nie wiem dokładnie. Mówię, co słyszałem...
- Super, po prostu ekstra. Nie dość, że morderca jest moim jakże kochanym tatusiem, to jeszcze moja kochaniutka mamusia dała d**y innemu facetowi! - wrzasnęła, zeskakując z kamienia i rozchlapując wodę na wszystkie strony. Nie mogła dłużej słuchać opowieści Hagrida. Jak dla niej, to dowiedziała się za dużo w zbyt krótkim czasie.
- Młodej damie nie wypada tak... - powiedział zdziwiony gajowy, jednak Ślizgonka nie dała mu dokończyć.
- Przepraszam Hagridzie... muszę iść. Dziękuję... za rozmowę - powiedziała, odwracając się tyłem i idąc w stronę zamku. Po chwili jednak nie mogła znieść wolnego marszu i puściła się pędem do bram Hogwartu. Gdy dobiegła do lochów natychmiast wślizgnęła się do Pokoju Wspólnego Ślizgonów i nie zważając na głupie zaczepki Draco pobiegła schodami na górę, do dormitorium. Kilka minut później siedziała na parapecie okna i patrzyła szeroko otwartymi oczami na niezwykłą, mylącą iluzję krajobrazu za szybą. Po jej policzku spłynęła duża, słona łza. Miała wrażenie, że sama jest teraz jak mieniący się czerwienią i brązem krajobraz, niestety nieprawdziwy. Pomyślała, że nie powinna istnieć, że jest tylko pomyłką, zwykłą pomyłką losu. Zaciągnęła ciemnozielone zasłony, aby nikt jej nie widział i objęła kolana ramionami. Po chwili jej chuda sylwetka zaczęła drgać pod wpływem szlochu, który wyrwał się z jej piersi. Wątpiła, czy tej nocy zdoła zmrużyć oczy choćby na kilka minut.
Świetne opowiadanie �� Mam nadzieję na kontynuację!!
OdpowiedzUsuń